|
2011-01-28 21:45
Media otaczają nas gangsterami, mafią, dużymi pieniędzmi, bezkarnością przestępców. Przestępczość zorganizowana to temat bez dna. Jednak wszystko co się pod nim kryje z reguły jest takie samo i monotonne, ten sam sposób działania, litry krwi, łzy i upadek ludzkiej moralności. W tym artykule postanowiłem przybliżyć czytelnikom postać Zbigniewa M. ps. „Carrington”, przestępcy z Dolnego Śląska, który zdecydowanie nie pasuje do wykreowanego obrazu gangstera, co nie znaczy, że nie jest postacią równie interesującą.. Zbigniew M. niczym nie wyróżniał się z pośród małej społeczności małej miejscowości Zawidów, która znajdowała się na trójkącie granic polsko-niemiecko-czeskiej. Jak wielu z jego kolegów ukończył Zasadniczą Szkołę Zawodową. Żył z produkcji trumien. Dzień spędzał normalnie. Po skończonej pracy wracał do domu, do rodziny. Wszystko skończyło, a jednocześnie zaczęło się kiedy „Carrington” stracił pracę. Zaczął szukać nowych możliwości zarobku. I znalazł. Podczas jednej z libacji alkoholowych poznał przedstawiciela grupy pruszkowskiej. „Carry”, który był człowiekiem robiącym dobre wrażenie łatwo nawiązał z nim znajomość, która w najbliższym czasie miała zaowocować.
„Carry” rozpoczął rekrutację do nowej grupy z pośród znajomych z podwórka, szkoły, siłowni. Dobierał ich bardzo starannie. Wybrał ludzi inteligentnych, znających język niemiecki, dobrych kierowców, którzy byli mu potrzebni przy nowym interesie-przemycie. Wraz ze swoimi nowymi towarzyszami za pieniądze Pruszkowa (które musiał zwrócić razem z procentem z każdego kolejnego transportu) założył kilka firm transportowych.
Grupa Carringtona zakupiła profesjonalny sprzęt do prowadzenia nasłuchu radiowego, który był potrzebny podczas przemytu jaki planował „Carry.” Wprowadził on w grupie wojskową hierarchię i dyscyplinę. Żołnierze grupy byli przydzieleni do różnych zadań i doskonale do nich przygotowani. Jedni mieli prowadzić podsłuch niemieckich pograniczników, inni- polskiej policji, w pobliżu miejsca przerzutu było rozsianych kilka czujek, które podnosiły alarm w sytuacji zagrożenia. Po rozbiciu grupy prokurator prowadzący sprawę stwierdził, że grupa Carringtona była profesjonalną, świetnie zorganizowaną oraz szczegółowo przygotowaną do działań przemytniczych grupą przestępczą.
Los podsunął Carringtonowi punkt przerzutowy. Było nim nowo budowane przejście graniczne w Sękowicach. Ludzie Carringtona przekupili pilnujących przejścia celników, w tym dowódcę strażników za cenę 50 tyś marek. Był to punkt przełomowy w „karierze” Carringtona, który odtąd miał stać się królem spirytusu.
Przemyt odbywał się przez most na nowym przejściu w Sękowicach. Most w gruncie rzeczy był wąską i tymczasową konstrukcją - służył jako pomocniczy do budowy właściwej przeprawy przez Nysę. W drugiej połowie lat 90., trwały wytężone prace, obok mostu technicznego zlokalizowano magazyny budowlane i zaplecze inwestycji. W dzień roiło się od robotników. W nocy na moście opuszczano szlaban i zamykano go na kłódkę. Na warcie zostawał stróż pilnujący magazynów. Całe Sękowice wiedziały, że nocami most wcale nie śpi. Ciężarówkami gna do Polski kontrabanda. Ale Sękowice milczały, bo w ludziach był strach. Pod osłoną nocy przez Sękowice do Polski przejeżdżały tiry pełne spirytusu, kierując się wałem przeciwpowodziowym nad Nysą trafiały do pobliskich lasów, gdzie były przeładowywane do kolejnych ciężarówek, które trafiały do Wrocławia gdzie ich dystrybucją do odbiorców zajmował się Arkadiusz K. znany jako „Gargamel”. Był on pośrednikiem między Grupą Carringtona a Ludwikiem A. ps. „Lutek”, który odpowiadał z ramienia Pruszkowa za obrót spirytusem w Polsce. Od „Gargamela” spirytus trafiał do nielegalnych rozlewni, które podrabiały wódkę. Prosto „z taśmy” alkohol wędrował do sklepów jako znane wódki.
Z czasem interes stał się tak opłacalny, że życie „Carringtona” było coraz bardziej zagrożone. Na efekty gorącej atmosfery nie trzeba było długo czekać. Na życie Carringtona przeprowadzono trzy nieudane zamachy, jednak w każdym z nich odniósł on niegroźne obrażenia. Podczas pierwszych dwóch, które miały miejsce w 1997, „Carry” został ostrzelany. 31 sierpnia 1998 roku w godzinach popołudniowych w Zawidowie, miejscu zamieszkania Carringtona, doszło do trzeciego zamachu na jego życie. W jego wyniku Zbigniew M. został ranny. Miał poparzoną rękę, klatkę piersiową i twarz oraz uszkodzone oko. Był to zamach bombowy, bomba wybuchła przy wejściu do bloku Carringtona i uszkodziła budynek.
Nikt prócz gangstera nie odniósł obrażeń, a sam Carrington po krótkim pobycie w szpitalu i przesłuchaniu przez policję wrócił do domu. Wiadomo jednak, że we wrześniu 1998, w Lubaniu, podczas konstrukcji bomby, która znów miała być użyta do zamachu na „króla spirytusu”, zginął 29-letni Marek W. Policja to właśnie jego podejrzewała o dokonanie poprzedniego zamachu bombowego. Szereg zamachów na Carringtona i walka o kanały przerzutowe doprowadziła do wybuchu krwawego konfliktu nazwanego przez media „wojną zgorzelecką”, która trwała od maja do listopada 1998. Podczas tych walk, w różnych zamachach zginęło 13 osób. W tym 5 niewinnych ludzi, którzy po prostu znaleźli się w nieodpowiednim czasie, w nieodpowiednim miejscu, a przez wrogów Carringtona zostali wzięci za jego żołnierzy. Zatrzymani zostali wyciągnieci z samochodów, położeni na drodze twarzą do ziemi i zamordowani strzałem w tył głowy.
Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, a pod koniec września 1998, po kolejnej dużej kontrabandzie przez most w Sękowicach, Policja wraz ze Strażą Graniczną przeprowadziła wielką obławę. W tym czasie „Carry” przerzucał przez granicę kilka TIR-ów ze spirytusem. Gangsterzy zostali zatrzymani, a o kierowanie przemytem oskarżono Carringtona.
Carrington został zatrzymany podczas gdy jego ludzie szmuglowali towar, on wraz z innym wspólnikiem przejeżdżał w pobliżu granicy samochodem. Oznajmił funkcjonariuszom, że o przemycie nic nie wie i tylko sobie podróżuje. Wpadł po tym, gdy z leżącej na siedzeniu krótkofalówki rozległ się głos mówiący o pomyślnym zakończeniu przerzutu części Tirów w głąb kraju. W kilka dni później został on nakazem prokuratury tymczasowo aresztowany na 3 miesiące. Wyszedł za kaucją w wysokości 200 tyś złotych wpłaconą przez rodzinę.
Carrington był zapalonym kolarzem, w oczekiwaniu na rozprawę starał się prowadzić normalne życie. Oficjalnie podczas jednej z przejażdżek rowerowych uległ wypadkowi. bez odpowiednich zabezpieczeń upadł i uderzył się w głowę. Od tamtej pory nie może mówić i doznał częściowego paraliżu i upośledzenia. Nieoficjalną wersją jest ta, że gdy jechał rowerem z rozpędzonego samochodu otrzymał cios kijem ba
Nigdy nie dowiemy się co było prawdziwą przyczyną wypadku. On sam, rezydent Pruszkowa, gangster z „topu” ówczesnego świata przestępczego, jest dziś inwalidą utrzymującym się z renty. Jego sławna grupa została rozbita. Jedni nie żyją, inni siedzą. A on zdetronizowany król spirytusu uniknął sądu, lecz poniósł surową karę, którą wymierzyło mu życie.
Niektóre informacje wykorzystane w artykule zostały udostępnione dzięki uprzejmości Piotra Pytlakowskiego.
kategoria:
Ogólne
Komentarze (1)
|